Gdyby Ja ta z września 2016 usiadła z tą Ja z września 2026 Żadna nie uwierzyła by tej drugiej.
Gdyby Ja z września 2016 roku usiadła dziś przy stole z tą Ja z września 2026 roku, żadna z nas nie uwierzyłaby tej drugiej.
Naprawdę!
Patrzyłybyśmy na siebie przez chwilę w milczeniu, próbując znaleźć jakieś podobieństwo.
Ta z 2016 roku pewnie zapytałaby:

— Ale co ty właściwie robisz?
A ja odpowiedziałabym:
— Wiesz… różne rzeczy.
I już na tym etapie chyba uznałaby, że coś jest ze mną bardzo nie tak.
Bo Ja z 2016 roku nie znała słowa „różne”.
Ona znała kalendarz.
Sesja.
Ślub.
Kampania.
Plan zdjęciowy.
Próba.
Wyjazd.
Walizka praktycznie stała przy drzwiach.
Studio było drugim domem. A czasami chyba pierwszym.
Malowanie od rana do nocy nie było wtedy żadnym ekstremalnym wyczynem. To było życie. Normalność. Tempo, które wydawało się oczywiste, dopóki człowiek nie zatrzymał się na chwilę i nie zobaczył, jak szybko właściwie biegnie.
Byłam w jednym z najlepszych momentów swojej makijażowej kariery.
Miałam energię, doświadczenie, nazwisko, ludzi wokół siebie i poczucie, że jeszcze tyle przede mną.
I chyba najważniejsze nie zastanawiałam się specjalnie, jak będzie wyglądało moje życie za dziesięć lat.
Bo kto ma czas myśleć o dziesięciu latach do przodu, kiedy jutro o szóstej rano trzeba być na planie?
Ta z 2016 roku spojrzałaby dziś na mnie i pewnie powiedziała:
— Czyli już nie pracujesz tak dużo?
— Nie.
— Nie jeździsz ciągle na sesje?
— Nie.
— Nie masz codziennie makijażu do zrobienia?
— Nie.
— I… co ty robisz przez cały dzień?
No właśnie.
To jest chyba najdziwniejsze pytanie.
Bo Ja z 2016 roku prawdopodobnie nie uwierzyłaby, że można mieć spokojny dzień i nie czuć z tego powodu wyrzutów sumienia.
Nie uwierzyłaby, że można rano wypić kawę bez sprawdzania, która godzina i czy przypadkiem nie trzeba już biec.
Nie uwierzyłaby, że można zaplanować dzień, w którym niczego nie trzeba „dowieźć”.
Nie uwierzyłaby, że cisza może być czymś dobrym.
I przede wszystkim nie uwierzyłaby, że ja, ta sama ja kiedyś będę tęsknić za spokojem bardziej niż za kolejnym dużym planem.
Mam dziś 45 lat.

I kiedy patrzę na siebie sprzed dziesięciu lat, widzę kobietę, która była dokładnie tam, gdzie powinna być.
Nie chciałabym odebrać jej ani jednej z tych chwil.
Ani jednej sesji.
Ani jednego wyjazdu.
Ani jednej nieprzespanej nocy.
Ani jednego poranka, kiedy z kufrem w ręku ruszała do kolejnej pracy.
Bo to wszystko zbudowało mnie taką, jaką jestem dzisiaj.
Ale wiem też coś, czego ona wtedy jeszcze nie wiedziała.
Że nie trzeba całe życie biec, żeby życie miało sens, że można się zatrzymać, można zmienić kierunek.
Że można zbudować coś nowego, nawet kiedy przez ćwierć wieku było się przekonanym, że „tym czymś” będzie się zajmować już zawsze.

I chyba właśnie tego najbardziej nie potrafiłaby sobie wyobrazić.
Mnie spokojnej. Mnie nieczekającej na telefon z propozycją kolejnej pracy.
Mnie, która zamiast kolejnej walizki zaczęła budować własną markę.
Mnie, która nadal myśli o makijażu, ale już trochę inaczej.
Nie z poziomu kolejnego zlecenia.
Tylko z poziomu doświadczenia.
Bo może właśnie na tym polega dorastanie w zawodzie.
Najpierw chcesz być wszędzie.
Potem chcesz być najlepsza.
Później chcesz jeszcze więcej.
A w pewnym momencie zaczynasz pytać siebie:
A czego właściwie ja chcę?
To pytanie przyszło do mnie dużo później, niż powinno. Ale może dokładnie wtedy, kiedy było na nie miejsce.

Myślę, że Ja z 2016 roku patrzyłaby na mnie
Bo wiem, ile jeszcze będzie musiała przeżyć.
I wiem, ile razy będzie zmęczona.
Ile razy pomyśli: „Nie dam rady”.
Ile razy będzie chciała wszystko rzucić.
Ile razy jeszcze spakuje tę cholerną walizkę.
A jednocześnie wiem, że nie chciałabym jej ostrzec przed żadnym z tych momentów.
Bo dzięki nim siedzę dziś tutaj.
Mam 45 lat.
Mam spokój, którego kiedyś nie umiałam sobie nawet wyobrazić.
Mam doświadczenie, którego nie da się kupić.
Mam świadomość, że nie muszę już nikomu udowadniać, że potrafię.
I mam w sobie coś, czego tamta dziewczyna jeszcze nie miała.
Czas.
Nie ten z kalendarza.
Ten prawdziwy.
Na rozmowę.
Na rodzinę.
Na własne pomysły.
Na rzeczy, które nie muszą wydarzyć się jutro.
I chyba dlatego najbardziej chciałabym, żebyśmy naprawdę mogły usiąść przy jednym stole.
Ja z 2016 roku i ja z 2026 roku.
Wyobrażam sobie, że długo byśmy rozmawiały.
O pracy.
O ludziach.
O sukcesach.
O porażkach.
O tym, ile rzeczy miało być „na zawsze”, a jednak się skończyło.
A na koniec ta z 2016 roku pewnie wstałaby, złapała kufer i powiedziała:
— Dobra, muszę lecieć, mam sesję.
A ja odpowiedziałabym:
— Wiem.
I może pierwszy raz w życiu nie powiedziałabym:
— Ja też.
Tylko:— Leć. Ja już nie muszę.
I chyba właśnie to jest moja największa zmiana. Nie przestałam być sobą.
Po prostu przestałam biec za sobą.
Ewelina




Komentarze