top of page
Szukaj

O MNIE: NA MAKIJAŻOWEJ EMERYTURZE

9 wrz
4 minut(y) czytania

Co dzieje się z makijażystką, kiedy przestaje być makijażystką?

Czy teskine za malowaniem?

Czasami. I to jest chyba najdziwniejsze.

Bo są dni, kiedy patrzę na czyjąś pracę i myślę: Boże, ale bym chciała teraz wziąć pędzle do ręki.

A są też takie, kiedy cieszę się, że nie muszę już wstawać o 4:30, pakować walizki, pilnować światła, czasu, klientki, pędzli i tego, żeby wszystko było idealne.

I obie te rzeczy mogą być prawdziwe jednocześnie.


Najdziwniejsze jest to, że nadal obserwuję.

Instagram. Nowe techniki. Młode makijażystki. Ich tempo. Ich odwagę. Nowe produkty.


Czasem też zazdroszczę.

Nie sukcesu.

Niekoniecznie pieniędzy.

Tylko tego momentu, kiedy ktoś dopiero zaczyna i ma przed sobą całe lata odkrywania.


Nie jestem już makijażystką na pełen etat.

Ale chyba nigdy nie przestanę nią być.


Może właśnie dlatego stworzyłam MR.

Bo kiedy przestałam codziennie brać pędzle do ręki, zaczęłam jeszcze mocniej zastanawiać się nad tym, co wkładamy do kosmetyczki, czym pracujemy, jak o to dbamy i jakie standardy sobie stawiamy.

Pędzle odłożyłam.

Standardów nie.

Bo przecież nie skończyłam z makijażem. Nie przestałam patrzeć na twarze. Nie przestałam obserwować makijażystek, nowych technik, produktów, pędzli. Nadal potrafię zatrzymać się przy czyjejś pracy i pomyśleć: „kurczę, ale dobrze to zrobiła”.

A czasami, kiedy oglądam makijaż na Instagramie, mam wręcz ochotę zabrać komuś pędzle i powiedzieć: „Daj, ja to zrobię”.

I chyba właśnie to jest najdziwniejsze.

Bo z jednej strony naprawdę lubię to, że już nie muszę żyć od zlecenia do zlecenia. Nie muszę wstawać o świcie, pakować walizki z kosmetykami, pilnować światła, czasu, temperatury, miliona drobiazgów, które dla osoby z zewnątrz nie mają żadnego znaczenia, a dla makijażysty potrafią zdecydować o wszystkim.

Nie muszę być cały czas gotowa.

A z drugiej strony czasami bardzo mi tego brakuje.

Brakuje mi tego momentu, kiedy przede mną siedzi kobieta, a ja patrzę na jej twarz i już wiem, co chcę zrobić. Brakuje mi pędzla w ręce. Tego skupienia. Tego specyficznego rodzaju ciszy, kiedy wszystko dzieje się między mną, pędzlem i twarzą osoby, którą maluję.

Przez 25 lat nauczyłam się patrzeć.

I chyba właśnie tego najbardziej nie da się wyłączyć.

Kiedy pracujesz jako makijażystka przez tyle lat, zaczynasz widzieć rzeczy, których wcześniej nie widziałaś. Nie tylko kolor podkładu, kształt oka czy rodzaj skóry. Zaczynasz widzieć człowieka.

Czy ktoś jest spięty. Czy nie lubi swojej twarzy. Czy chce wyglądać jak on, tylko trochę lepiej, czy może chce na chwilę stać się kimś zupełnie innym.

Makijaż nigdy nie był dla mnie tylko malowaniem.

I może dlatego przejście na tę moją „emeryturę” wcale nie było takie proste.

Bo co się właściwie dzieje, kiedy przez ćwierć wieku coś jest Twoim zawodem, codziennością, językiem, którym się posługujesz, a potem nagle przestaje być Twoją pracą?

Na początku chyba nawet tego nie zauważasz.

Po prostu przestajesz.

A później zaczynasz obserwować.

Patrzę na młode makijażystki i czasami im zazdroszczę. Tego początku. Tego entuzjazmu. Tego, że wszystko jest jeszcze przed nimi. Że mogą próbować, popełniać błędy, zmieniać kierunek.

Czasami myślę: „Ale fajnie byłoby jeszcze raz zaczynać”.

A za chwilę przypominam sobie, ile razy zaczynałam.

I wtedy jednak cieszę się, że jestem dokładnie tutaj, gdzie jestem.

Bo 25 lat nauczyło mnie też jednej bardzo ważnej rzeczy.

Że doświadczenie zmienia sposób patrzenia.

Dzisiaj interesuje mnie nie tylko to, czy makijaż wygląda dobrze.

Interesuje mnie, czym został wykonany.

Czy pędzle są czyste. Czy narzędzia są odpowiednio pielęgnowane. Czy osoba, która pracuje z twarzą drugiego człowieka, pamięta o rzeczach, których nie widać na zdjęciu.

Bo przez lata pracy nauczyłam się, że najważniejsze rzeczy bardzo często są niewidoczne.

Nie widać czystego pędzla na pięknym zdjęciu.

Nie widać tego, ile razy został umyty.

Nie widać, jak ktoś przygotował swoje narzędzia przed pracą.

Nie widać standardów.

A ja właśnie na tych niewidocznych rzeczach zaczęłam skupiać się coraz bardziej.

I chyba dlatego powstało MR.

MR nie jest dla mnie kolejnym projektem związanym z urodą.

Jest trochę konsekwencją tych 25 lat.

Tego wszystkiego, co widziałam.

Tego, czego nauczyłam się przez lata.

Tego, co sama chciałabym mieć w swojej kosmetyczce, kiedy jeszcze codziennie pracowałam pędzlami.

Może właśnie dlatego tak bardzo wierzę w ideę Pre-Care.

W to, co robimy zanim zaczniemy makijaż.

Bo przygotowanie jest częścią pracy. Czyste narzędzia są częścią makijażu. Dbanie o rzeczy, którymi pracujemy, jest częścią profesjonalizmu.

I chociaż dzisiaj nie maluję już zawodowo każdego dnia, nadal mam w sobie tę makijażystkę.

Ona czasami wychodzi zupełnie niespodziewanie.

W sklepie.

Na Instagramie.

Przy oglądaniu czyjegoś makijażu.

Przy nowym pędzlu.

Albo wtedy, kiedy widzę źle przygotowane narzędzia i w głowie od razu pojawia mi się: „nie, nie, nie… tak się tego nie robi”.

I wtedy wiem, że chyba z tej emerytury już się nie wycofam, ale też nigdy do końca na nią nie przejdę.

Pędzle mogłam odłożyć.

Ale sposób patrzenia zostaje.

25 lat minęło.

I dzisiaj, kiedy patrzę na swoją drogę, chyba najbardziej cieszy mnie to, że nie muszę już być makijażystką, żeby nadal być częścią tego świata.

Mogę patrzeć szerzej.

Mogę tworzyć rzeczy, których sama potrzebowałam.

Mogę mówić o tym, o czym przez lata nikt specjalnie nie mówił.

O tym, czego nie widać.

O standardach.

O przygotowaniu.

O trosce.

O tym, że piękny makijaż zaczyna się dużo wcześniej, niż od pierwszego pociągnięcia pędzlem.

Więc tak.

Jestem na makijażowej emeryturze.

Ale gdybyście któregoś dnia zobaczyli mnie z pędzlem w ręce…

Nie pytajcie.


 
 
 

Komentarze


bottom of page